W mieszkaniu, które wynajmowaliśmy na Malcie była taka mądra tabliczka „Born to fish, forced to work”. Podejrzewam, że to ukryta ironia i Pan z Airbnb chce utrzeć nosa wszystkim domorosłym cyfrowym nomadom, którzy się wprowadzają. No nie wiem, nie wiem. Ale wiem, że rozumiała mnie jak nikt.

Oczywiście, jest milion pozytywów płynących z mieszkania przez miesiąc na Malcie, ale oprócz tego, że je po prostu widać, to są też poniekąd oczywiste 😉 W praktyce, praca zdalna z innego kraju to nie są same różowe jednorożce. Utarło się, że cyfrowi nomadzi nazywają swój styl życia praco-wakacjami i mój mózg odczytuje to jako sielankę, pod tytułem „jestem na wakacjach, a pieniążki wpadają”. Ale prawda za oksymoronem leży gdzie indziej.

Czas. Klikam na etacie, czyli muszę być przed komputerem między 9 a 17. Wiadomo, codzienność w Lublinie mam tak ułożoną, że jestem, let’s say, pogodzona z tym ograniczeniem, ale okazało się, że w podróży to trochę boli. Tam za oknem w słońcu srebrzyły się morskie fale, na pierwszym planie dwanaście kotów wygrzewało grzbiety a nad nimi treliły ptaki. A te wszystkie rozpraszacze uwagi były tylko za jednym moim oknem. Bo dalej były jeszcze klify, których nie zdążyłam zobaczyć, jedzonko, którego nie zdążyłam spróbować i obraz Caravaggia, którego nie zdążyłam podziwiać. Miałam ograniczony czas, do dyspozycji był tylko miesiąc i serduszko mi płakało, że tak musi być – ja przed komputerem, a całe to piękno poza moim zasięgiem. Myślę, że da się inaczej, gdybym była freelancerem, który dowolnie układa czas swojej pracy, albo osobą, która fizycznie robi zlecenia w różnych miejscach to praco-podróże miałyby sens. A tak, to chyba jestem #team_wyjeżdżaj_na_wakacje_gdy_masz_urlop.

Work life balance – moje ulu z całego wachlarza korpo-powiedzeń. Zdecydowanie jestem zwolenniczką nacisku na „life”, ale cóż, czasami rzeczy dzieją się podświadomie. I tak też stało się na urlopie, nie byłam w stanie zrelaksować się w salonie, w którym wcześniej klikałam w klawiaturę i odbierałam telefony. Stres i ból głowy towarzyszyły mi aż do wyjazdu na Sycylię, dopiero tam, w jeszcze nowszym otoczeniu mogłam się troszkę zregenerować. W mieszkaniu na Malcie – ni ciut ciut, mózg zdążył je zakwalifikować do kategorii „biuro”. Tutaj wynajęcie miejsca w co-worku brzmi jak deska ratunkowa 🙂

W kontekście tego wszystkiego, zupełnie inaczej wygląda fakt, że Malta jest maleńka i urocza, ale bardzo źle skomunikowana. Przebywając tam i pracując jednocześnie, można się nieźle sfrustrować, gdy marnuje się cenny wolny czas na szukanie/łapanie autobusów przez 2 godziny.

Z perspektywy czasu będę raczej pamiętać oszałamiające widoki, to jak próbowałam się nawąchać kwiatów na zapas, woń pomarańczy prosto z drzewa, kochanych ludzi, wspaniałe lekcje tanga, moczenie nóżek w morzu i przede wszystkim ten mój widok z balkonu! Po 18-tej, gdy zachodziło słońce, niebo robiło się stalowo-różowe, morze – srebrzyste. Po przeciwnej stronie zatoki zapalały się w półmroku pierwsze złote światełka. A ja czułam się przygnieciona nadmiarem piękna, z którym dane mi było obcować.

Zapraszam więc i Was na trochę pięknych widoczków 🙂